Martin Lechowicz

Elektroniko, wróć!

Ludzie z mojego pokolenia spędzili dzieciństwo z lutownicą w ręce.

Nie, źle mówię. Ludzie z mojego pokolenia spędzili dzieciństwo z wódką w ręce.

Ale byli też ci, którzy chlać nie chcieli, nie umieli albo nie mogli. I co brali się za elektronikę.

Były to czasy ZX Spectrum i Atari, czasy kupowania Bajtków i wymieniania się kasetami VHS na giełdzie. Czasy ostatnich saturatorów z gruźliczanką. Takich prawdziwych, nie z jednorazowymi kubkami z obrzydliwego plastiku, ale ze szklaneczkami z prawdziwego szkła, które automat magicznie i beztrosko opłukiwał od środka. Dla dziecka gapienie się na to opłukiwanie było lepsze niż samo picie.

Mógłbym podejrzewać, że tylko ja byłem takim wyjątkiem, co to zamiast ganiać za panienkami i alkoholem wolał całymi dniami sklejać modele samolotów i lutować układy elektroniczne ze schematów upolowanych w starych książkach, gdyby nie to, że znałem mnóstwo innych chłopaków, co to samo robili.

Bo co niby mieliśmy robić? My, ciut bardziej inteligentni, z ciut większą ciekawością świata, z ambicją większą niż zaliczenie panienki albo porzyganie się od nadmiaru wódki? Ci, którzy nie chcieli i nie mogli być tępi jak barany i zadowolić się bezpiecznym, stabilnym życiem miernoty?

W telewizji dwa programy, internetu nie ma, facebooka nie ma, a w szkole... no, właściwie to samo co i teraz.

No to szukaliśmy zajęć co działają na wyobraźnię. I elektronika - jako coś tajemniczego, a jednak możliwego do opanowania - była jedną z takich rzeczy. Składaliśmy więc sobie z radyjka z tranzystorów, nadajniki na UKF, wzmacniacze do mikrofoników, zasilacze, zależy jaki schemat kto dorwał i do jakich części miał dostęp. Połowa z tych dzieł do niczego się nie przydała, a druga połowa w ogóle nie działała. Ale fakt zrobienia samemu czegoś takiego dawało przedziwną, tajemniczą satysfakcję. Człowiek się zmieniał w czarodzieja. Ta domowa elektronika była dla nas czymś w rodzaju Harrego Pottera na żywo - możliwością zaczarowania przedmiotów, żeby zrobiły coś magicznego.

Później tą rolę przejęło u mnie programowanie.

Najbardziej przeszkadzał mi w budowaniu tych elekronicznych układów kompletny brak gruntownej wiedzy o elektronice. No, kompletny to może nie. Mam trochę inne standardy oceny wiedzy niż ci, co mają dziś tyle lat, ile ja miałem wtedy. Według moich standardów mój stan wiedzy o elektronice był żałosny. Według ich standardów to ja byłem ekspertem.

Zresztą wtedy każdy, kto umiał wlutować tranzystor w płytkę drukowaną, co wiedział gdzie emiter, gdzie kolektor i nie spalił przy okazji, był przez zwykłych ludzi uważany za eksperta. Dziś zresztą też. Podobnie jak programowanie, elektronika dla przeciętnego podatnika to magia.

I właśnie dlatego tak fajnie się w to bawić!

Zostawiłem tą zabawę lata temu. Życie jedno, zajęć dużo, nowe rzeczy wypierają stare. Przyszło nowe.

Wtedy, w socjalistycznym raju, niczego nie było. A jak było to rzadko i spod lady. Więc trzeba było sobie radzić. Zlutowanie sobie radia z prostych elementów miało więc swoją wartość. Podobnie jak naprawienie czegoś, co się zepsuło.

Ale jaki to ma sens dzisiaj, skoro wszystko można kupić za parę złotych? Naprawiać się nie opłaca, bo cena pracy jest większa niż cena wymiany na nowe. Wyrzuca się wszystko i cześć. Skutkiem ubocznym jest to, że ludzie coraz głupszy i trudno im się dziwić. Ja miałem powód, żeby się męczyć - oni nie.

Jakiś czas temu temat elektroniki pod strzecą wrócił i zafascynował mnie na nowo. Bo oto odkryłem istnienie mikrokontrolerów.

Mikrokontroler to malutki mikrokomputerek (osiągi ZX Spectrum) zamknięty w jednym, tanim układzie scalonym. Wystarczy dać mu zasilanie, podłączyć do niego różne rzeczy, zaprogramować, i zrobi z tymi rzeczami wszystko co mu każesz.

To ta sama zabawa w elektronikę co lata temu, ale tym razem wiedzy o elektronice nie trzeba. Zupełne minimum wystarczy. Dziś konstruowanie magicznych zabawek sprowadza się do programowania. I to na niskim poziomie - zupełnie jak w czasach ZX Spectrum.

No, panowie! W elektronice to ja może jestem Komorowski, ale w programowaniu na niskim poziomie to ja jestem Dumbledore!

Więc jak się tym znowu nie fascynować?

Boom na programowanie mikrokontrolerów i budowanie własnych urządzeń spopularyzował projekt Andruino, który powstał w 2005 roku po to, żeby ułatwić zwykłemu człowiekowi budowanie programowalnej elektroniki. Konieczność wiedzy o elektronice wyeliminowano praktycznie do zera, a procedurę programowania uproszczono jak tylko się da.

Nic więc dziwnego, że kreatywni ludzie, konstruktorzy w sercu, znudzeni oglądaniem kotów na Facebooku zaczęli się do tego cisnąć i eksperymentować. Powstały tysięce projektów przedziwnych urządzeń, których cała w zasadzie wartość to edukacja, pasja i zabawa. Dziesiątki tysięcy ludzi wymyśla, projektuje, buduje i tworzy.

Co tych ludzi tak pcha?

Rasowy wolnorynkowiec powie: pieniądze. Chęć zarabiania. Bo wiadomo: im więcej pożytecznego dam innym, tym więcej sam zarobię. I dlatego tworzę.

Ale jeżeli kapitalizm tak mówi, to kapitalizm jest głupi. I nie rozumie ludzkiej natury. Twórca przecież nie myśli w taki sposób.

W człowieku o duszy konstruktora żyje potężna a irracjonalna potrzeba budowania dla samego zbudowania. Chęć zobaczenia działającego projektu, ucieleśnionego pomysłu - to jest ta siła, która popchnęła milion ludzi do zabawy z Arduino.

Jeżeli masz w sobie taki odruch, widzisz siłę, która cię pcha gdzieś nie dbając o sens, pożytek i pieniądze, to dowód, że jesteś w duszy twórcą.

Ja jestem twórcą. Niestety. Straszny nałóg. Ale jestem krok dalej: nauczyłem się nad tym panować.

Chęć dzikiej radości bezsensownego tworzenia, przeżywania satysfakcji stwarzania rekompensuję zawsze równie silnym pragnieniem bycia pożytecznym.

Dopiero ze styku tych dwóch sił może narodzić się coś, co naprawdę warto robić.

Bo chęć tworzenia jest silnikiem - użyteczność jest sterem.

Dlatego machnąłem ręką na Arduino. Zamiast tego skupię się na samym, gołym mikrokontrolerze. Arduino to taka piaskownica, gdzie możesz bezpiecznie eksperymentować. A ja chcę coś więcej.

Bo zbudować każde urządzenie jakie wymyślę to nie problem. Ale wymyślić urządzenie za 10 złotych? Urządzenie, które będzie codziennie używane? Urządzenie, które potrafię sprzedać?

Prawdziwą satysfakcję z tworzenia przeżyję nie wtedy, kiedy zbuduję jakieś fajne coś. Ale wtedy kiedy owo coś zaprojektuję, zbuduję i ktoś będzie tego naprawdę używał. I się z tego cieszył.

Postanowiłem więc, że odkurzę to moje stare hobby, które myślałem, że umarło dawno temu. I na początek zrobię... wiem co, ale nie mogę powiedzieć. Bo jak powiem, to nie będę mógł tego wypróbować w praktyce.

Powiem tylko tyle, że wiele lat temu było w Polsce popularne takie małe, sprytne urządzonko, które używano do robienia ludziom niewiarygodnie irytujących kawałów. Ponoć efekty były straszliwe.

Zawsze chciałem taki kawał komuś zrobić.

I teraz mogę.

Jak będzie gotowe to znajdę ofiarę i wypróbuję, a jak wypróbuję (i ofiara będzie chciała jeszcze ze mną po tym gadać) to opiszę wam wszystko dokładnie.

Póki co informuję i porażce: nie udało mi się zachować obojętności na nowe możliwości jakie świat nam daje.

Wkraczam więc w nowy wspaniały świat magicznych urządzeń programowalnych. Gdyby ktoś z was potrzebował czegoś dziwnego (termometr podłączony do internetu? naszyjnik z diod LED? wentylator zdalnie sterowany?), albo miał ciekawy pomysł, niech się zgłasza.

Żyjemy w czasach kiedy wszystko jest możliwe. Tylko nikomu się nie chce.

 

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Elektro-sklepik

Wspieraj barda! E-booki i piosenki, każda piosenka za złotówkę. Tanio jak Chinach!

Sztuka epistolografii 16

Mam wielką nadzieję, że ktoś kiedyś zbierze moje listy i wyda je drukiem.

Jak znam życie, będzie to zapewne jakiś prokurator, który po skonfiskowaniu mojego komputera za sprawą jakiego ACTA bądź innego legislacyjnego śmiecia, stanie przed obowiązkiem przeczytania całej mojej korespondencji.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.