Martin Lechowicz

Jak być pisarzem

Podobno jest gdzieś jakaś Kaja, Kaja Malanowska, która pisze, a nie zarabia. I ta Kaja napisała tutaj, że mało zarabia a powinna dużo. Bo pisze to jej się należy, nie? Ważny zawód i tak dalej.

Tyle osób mi zwróciło uwagę na tą sprawę, że się w końcu raz wypowiem, żeby mi głowy nie zawracali. Bo też piszę. Wydałem 4 książki. Powinieneś kupić chociaż jedną, bo są fajne. Kompletnie inne niż Kaja. Takie wiesz, dla ludzi a nie dla jury.

Bo musisz wiedzieć, że Kaja była finalistką w konkursie na najbardziej ponurą książkę (nagroda Nike). I w związku z tym uważa, że jest dobra. Ależ oczywiście, że jest dobra! Dla jury, to oni przecież oceniali. Ale dlaczego uważa, że jest dobra dla całej reszty, to Nike jedna raczy wiedzieć.

Jak wspomniałem ja też jestem pisarzem i też gówno na tym zarabiam. Więc pozwólcie, że też sobie pojęczę. Takie fajne książki, tak mało kupuje, banda anafabetów, zasługuję na więcej, bla bla bla, ja, ja, ja, dupa, dupa, dupa, jest źle, o jak bardzo źle.

Dobra, nudzi mnie to. Nie chce mi się narzekać. Jak ktoś chce niech ponarzeka w komentarzu za mnie.

Są dwie główne odpowiedzi na jęczenie wielmożnej pisarki, prawie-zdobywczyni wzniosłej nagrody:

  1. Dobrze ci tak ty zadufana w sobie artystyczna pindo.
  2. Weź się i zajmij promocją, dystrybucją, sprzedażą, logistyką, prowadzeniem strony w internecie i facebooka, rozdawaniem ulotek przed księgarniami, obsługą kasy fiskalnej i księgowością zamiast narzekać.

Wniosek z komentarzy jest taki: pierwsi komentatorzy to sk***syny a drudzy to debile.

I to wyjaśnia dlaczego pisarka dostała tylko 6800zł za 16 miesięcy pracy. Po prostu nie uwzględnia do kogo pisze.

Kaja zdaje się uważa, że państwo coś powinno z tym zrobić. Co w pewnym sensie stawia ją mentalnie w obu grupach komentatorów jednocześnie. Bo państwo, żeby jej dać musi zabrać komuś innemu - co jest sk***ństwem - albo pożyczyć od kogo się jeszcze da - co jest debilizmem.

Nie jestem za tym. Mimo, że też jestem pisarzem. Mimo, że zarabiam na książkach jeszcze mniej niż ona.

Nie jestem za tym, bo nie poczuwam się do żadnej z wyżej wymienionych grup. Nie chcę wynajmować zbira (nawet jeżeli nazwie się go "państwem") żeby zabierał innym ludziom i dawał mnie, bo akurat sobie wymyśliłem, że tak będzie bardziej sprawiedliwie. Ani nie mam też zamiaru podkładać sobie pod tyłek bombę zegarową z napisem "niewypłacalność".

Pierwszy błąd pisarza w Polsce jest taki, że z napisaną książką idzie do wydawnictwa.

Jest to nonsens.

Nie jest to nonsens oczywisty, ale staje się wszystko jasne, kiedy człowiek wyobrazi sobie całą drugą drogę od pomysłu w głowie pisarza do literek w oku czytelnika. Żeby to ostatnie mogło nastąpić trzeba czytelnika namówić na kupienie książki. A to jest, piękny czytelniku, co najmniej tyle samo roboty co jej napisanie.

Dlatego też z ceny końcowej książki do pisarza trafia z 10%, a do dystrybutora - połowa.

Nie jest to żaden spisek. Żadna zmowa cenowa. To po prostu tyle kosztuje! Tak działa rzeczywistość. Próbowałem się na nią kiedyś obrażać, ale niestety - miała mnie w dupie. To przestałem. Ale dalej jej nie lubię.

Człowieka można do czegoś albo zmusić albo przekonać. Przekonywanie jest kosztowne.

Wydawałoby się więc, że pisarz powinien właśnie udać się do wydawnictwa, żeby oni się zajęli tym wszystkim czym pisarz się nie zajmuje. W szczególności informacją, promocją, dystrybucją.

Nie, nie powinien.

Bo wydawnictwo nie robi żadnej z tych rzeczy. Przynajmniej nie w Polsce.

To co robi wydawnictwo?

Otóż prawie nic. Robi korektę, drukuje książkę, wysyła do dystrybutora i przeważnie tyle. Następnie siedzi i czeka aż Duch Święty przyjdzie do czytelnika i we śnie objawi mu, że książka Lechowicza pod tytułem "Przegląd Jezusów Polskich" jest fenomenalna i aby mieć żywot wieczny trzeba ją koniecznie kupić.

Co gorsza, dystrybutor najczęściej robi to samo.

Więc kto promuje książkę? Najczęściej w ogóle nikt. Wszyscy liczą, że sama się magicznym sposobem wypromuje. Że ludzie nagle masowo zostaną przyciąganiu w księgarniach przez akurat tą, niczym nie wyróżniającą się, okładkę.

Więc jak przeciętny pisarz chce nie tylko wydać, ale jeszcze zarobić, to musi sam znaleźć, poinformać i przyciągnąć czytelników. Czyli właściwie zrobić całą robotę!

I tak lata sobie pisarz po kraju, szaleje w internecie pisząc sam sobie wspaniałe recenzje i nagania czytelników do księgarń.

A księgarnia co robi?

Nic. Siedzi i czeka aż przyjdą i wbija na kasę jak zapłacą.

A wydawnictwo co robi?

Nic. Siedzi i czeka aż przyjdzie rozliczenie z księgarni. Po czym zabiera sobie połowę, a po paru miesiącach wysyła autorowi co łaska.

Dlatego też mówię: pisarz nie powinien w ogóle szukać wydawnictwa. Z jego perspektywy nie ma to sensu.

Pisarz powinien szukać agenta!

W cywilizowanych krajach istnieje powszechnie instytucja agenta. To taki gość, który sam nic nie tworzy, tylko myśli dzień i noc nad tym jak sprzedać to, co ktoś stworzył.

I wszędzie gdzie ta specjalizacja funkcjonuje widać efekty: znacznie więcej osób czyta, więcej zarabiają pisarze. Agenci też. I poziom jest wyższy i czytelnicy bardziej zadowoleni, bo pisarz myśli wyłącznie o pisaniu, a nie o kilkunastu innych rzeczach, które wymagają kompletnie innego nastawienia umysłu.

A w Polsce?

W Polsce pisarz albo dopłaca do książki albo wykonuje 6 zawodów jednocześnie, w związku z czym żadnego nie robi porządnie. Wyjątkiem są ci, którzy piszą poradniki o marketingu, sprzedawaniu, dystrybucji itd. Tym to się wiedzie! W końcu robią to o czym piszą.

Jeden taki autor poradnika jak żyć, dużo sprzedawać i być szczęśliwym, odpisał zresztą Jęczącej Kai mówiąc, że trzeba samemu, a nie jęczeć. Chodzić, jeździć, organizować i sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać! No fajnie to brzmi i jakże mądrze, tyle, że to doradzanie babie ze wsi jak kosić zboże przez faceta, który siedzi na kombajnie.

W cywilizowanym świecie o tym czy książka się sprzeda czy nie, decyduje siła książki razy siła sprzedaży. Obie rzeczy są niezbędne. A że ludzie zdają sobie z tego sprawę jest wiele możliwości do wyboru.

A w Polsce?

W Polsce decyduje przypadek, znajomości i zbiegi okoliczności. Jako, że panuje idiotyczne przekonanie odziedziczone po przodkach że "dobry towar sam się sprzeda" nikt nie chce się zajmować promocją i dystrybucją. Przecież to nie ważne, nie? Do tego dochodzi awersja do współpracy, nieufność, wrogość i podejrzliwość. Więc pisarz nie ma prawie żadnych możliwości. Jeżeli nie chce robić wszystkiego sam, bierze to co akurat jest. Czyli przeważnie jakieś wydawnictwo, gdzie akurat ma jakiegoś znajomego.

Biorąc to wszystko pod uwagę widać jasno, że biedna Kaja nie ma bladego pojęcia o świecie w jakim żyje.

Co jest zresztą powszechne. Nie wierzysz? Zapytaj rodziców o to jak ważne jest według nich skończenie studiów.

Pierwszą powieść - "Teoria Portali" - wydałem tak jak doradzam: znalazłem agenta, a nie wydawnictwo. Czyli kogoś kto weźmie i sprzeda. Trochę wyszło, trochę nie, ale i tak znacznie lepiej niż przez standardowe wydawnictwo.

Drugim eksperymentem było wydanie tej samej książki jako e-booka przez Amazon. I próba, po której nie spodziewałem się niczego szczególnego, dała fantastyczne wyniki. Przez dwa lata sprzedawała się pięknie, aż w końcu Amazon ją wyrzucił. Bo zorientował się, że nie ma takiego języka jak polski.

Ostatnio sam mam wątpliwości.

"Droga Wojewódzka 666" była wydana dzięki finansowaniu przez Polak Potrafi. Nie są to żadne kokosy, ale znowu: lepiej na tym wyszedłem niż Malanowska. Nic nie dopłacałem, nie zapracowałem się na śmierć, a zarobiłem trochę, fajnie wyszło i wszyscy byli zadowoleni.

Narzekają tylko, że książka za krótka.

No nie wiem. Biorąc pod uwagę ile na niej zarobiłem to raczej za długa.

"Przegląd Jezusów Polskich" i "Ironizator" wydałem sobie niedawno przy okazji innych rzeczy, które robię. Taki dodatek. Skromna inwestycja, skromna dystrybucja i bardzo skromne zarobki. Żadne, prawdę mówiąc.

Ale czy to powinno dziwić? Może powinienem podejrzewać, że to książki są marne albo że nie są dla ludzi?

Przeciwnie - są całkiem fajne i są bardzo dla ludzi. Ale nie szerzę informacji, nie mam promocji, nie mam dystrybucji, nie mam agenta. I mimo, że książka jest w wielu e-bookowych sklepach, więcej sprzedaję na własnej stronie - co pokazuje najlepiej ile są warte e-bookowe księgarnie. No po prostu nieporozumienie. Siedzą i czekają, aż pisarz zrobi za nich wszystko to, czym się w ogóle nie powinien zajmować.

Więc szukam agenta!

Wypatruję. Kogoś kto będzie sprzedawać to co tworzę i nie zawracać mi tym głowy. Próbuję.

Ale chyba równie dobrze mógłbym sobie szukać diamentów w jajku niespodziance.

Więc może Kaja Malanowska ma więcej realizmu niż ja, że nawet nie szuka załatwiacza-sprzedawcy? Tylko mówi "pier**lę to wszystko"?

Może faktycznie Polska jest taką mentalną ruiną, że nie możemy już liczyć na współpracę z innymi ludźmi, a tylko na przymus państwa? Że ten socjalizm to nie z głupiej wiary w państwo, ale z frustracji gnuśnością i biernością rodaków?

W takim wypadku można już tylko zostawić tworzenie, pozbyć się sentymentów i wyjechać. Wyjechać mentalnie z kraju. Można i fizycznie, wszystko jedno. Pożegnać się czule z językiem polskim, brzozami, pierogami i kiełbasą. I zająć czym innym. Na przykład sprzedawaniem tej brzozy, pierogów i kiełbasy.

Kiełbasa i wódka = Polska. A jak już gadać to o brzozach. A jak już uczyć to o zarabianiu bez wysiłku i odpowiedzialności. A jak już pisać to sprzedawać ludziom nadzieję, pod różnymi postaciami. Nie musi to być prawdziwa nadzieja i zwykle nie jest. Popyt na to jest ogromny, bo jeszcze ludzie się nie zorientowali że to bullshit.

Ale pisać coś z myślą o tym, że wartość była? Tworzyć? Pisać i jeszcze zarabiać? E, to chyba nie w Polsce.

Nie ma z kim i nie ma dla kogo.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Martin in English!

Dla tych, co chcą poznać Polskę.

Co wylądowało w lesie Rendlesham - po polsku 2

"Co wylądowało w lesie Rendlesham?" to książka, a dokładniej e-book. Mateusz Kudrański podobnie jak ja sam napisał, sam zilustrował, sam wydał i sam sprzedaje. Sam również reklamuje i sądząc po wynikach robi to znacznie lepiej ode mnie.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.