Martin Lechowicz

Jak glizdy po deszczu

Pojawiły się już pierwsze efekty inicjatywy 500+.

Jedni donoszą, że wyraźnie zwiększyła się sprzedaż samochodów na kredyt, a inni dostają paniki, że nikt nie chce u nich zbierać truskawek.

Ktoś powie, że to dobrze. Większa sprzedaż rozpędza gospodarkę. Ktoś gdzieś więcej sprzedaje, bogaci się i z kolei on więcej kupuje i następny się bogaci. A zbieracze truskawek męczyli się w upale za niegodne pieniądze, więc dobrze im tak, podłym wyzyskiwaczom. Niech płacą uczciwie.

I na tym się przeważnie kończy rozumowanie. A szkoda, bo ciąg dalszy jest ciekawszy.

Dodatkowe 500 złotych zwiększa zdolność kredytową. Problem w tym, że ludzie, którzy dostają pieniądze z nieba, z reguły nie umieją nimi dobrze zarządzać. Szybko zadłużają się ile wlezie, byle tylko mieć tu i teraz. To generuje dług. Dług prowadzi do odsetek. Odsetki prowadzą do ruiny.

Prawda jest taka, że zdolność kredytowa tych, którym się płaci za robienie dzieci, wcale się nie zwiększyła. Przecież w sensie gospodarczym ci ludzie nie produkują więcej.

Będzie więc tak, że kiedy rurociąg z pieniędzmi się skończy, ludzie zostaną z długami - niemożliwymi do spłacenia. Ostatecznie stracą dużo więcej niż tylko ten samochód, który właśnie kupili na kredyt.

A co do truskawek to szybko zmienimy zdanie, kiedy zamiast 6zł za kilogram będziemy płacić 12zł, a truskawki w Polsce będą wyłącznie z importu.

Dla mnie osobiście najbardziej widocznym efektem 500+ jest pogorszenie jakości restauracji. Dzieje się to za sprawą hordy rozwrzeszczanych dzikich dzieci orbitujących wokół mamy, która spodziewa się, że da się jednocześnie jeść i pilnować dzieci. Otóż nie da się. A to z powodu tego, że wyżej wymienione dzieci nie mają bladego pojęcia jak się zachowywać wśród ludzi. Może by miały, gdyby nie to że w Polsce wychowuje się potomstwo zgodnie z zasadą "bój się wszystkiego co nie domowe".

Tatusiowie z kolei, kupiwszy córeczce rowerek z Biedronki, czują się teraz w obowiązku pochwalić przed światem obiema tymi rzeczami. Wyprowadzają więc całą rodzinę na przejażdżkę ścieżkami rowerowi, nie zwracając uwagi ani na przepisy (z dzieckiem do lat 10 należy jechać po chodniku) ani na zdrowy rozsądek ani nawet na dziecko, które jeździ beztrosko torem pijanego węża wykonując od czasu do czasu fantazyjne skręty w lewo bez ostrzeżenia.

Na drodze rowerowej jeździło się dotąd z prędkością 30 km/h. Teraz prędkość spadła do 3 km/h.

Tatusiowie ci nie tylko narażają dzieci na niebezpieczeństwo, ale jeszcze czują się w obowiązku zwyzywać każdego, kto jedzie tak, jak się powinno jechać na drodze rowerowej.

I tak droga rowerowa zmieniła się w dróżkę specjalnej troski, a Warszawa w przedszkole.

Marni rodzice wyleźli na ulice. Jak glizdy po deszczu. Wywołując podobne zresztą wrażenia estetyczne. Nie umieją ani nie chcą umieć zachowywać się między ludźmi. I nie próbują nawet nauczyć tego dzieci.

Taki jest efekt 500+.

I jest to efekt, który jak nic do tej pory zniechęcił mnie do posiadania dzieci.

--

PS: Wpis czytacie dzięki mecenasowi strony: Dam Koszty.com.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Dzieci są z nitrogliceryny 15

Jest w Polsce taka gra. Nazywa się "zobaczysz jak sam" i trwa całe życie.

Polega na tym, że bierzesz kogoś nieświadomego i mówisz mu:

  zobaczysz jak sam pójdziesz na studia zobaczysz jak sam będziesz chodzić do pracy zobaczysz jak sam będziesz mieć dom zobaczysz jak sam będziesz mieć żonę

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.