Martin Lechowicz

Jeszcze książka nie zginęła!

Wyborcza napisała dziś tak: "dane o czytelnictwie są przerażające, aż 19 mln Polaków nie miało w ostatnim roku w rękach ani jednej książki".

E tam, przerażające. Zależy dla kogo. Gdybym to ja nie czytał, to bym się przeraził.

Ba, są nawet i plusy: skoro 19 milionów Polaków na rynku pracy to prymitywy, które niczego nie czytają, to tym lepiej dla mnie. Mogę teraz przebierać w pracach jak w jabłkach w sadzie. Tyle, że ja akurat żadnej nie chcę. Właśnie dlatego, że czytam.

Temat pisania, czytania i kupowania książek bardzo mnie dotyczy, bo robię wszystkie te trzy rzeczy. Z malutkim powodzeniem. Nie dokładam, mam z tego niewiele.

Dużo się ostatnio pisze na temat pisania, ale nie widziałem nikogo kto by napisał z mojej perspektywy - pisarza, który nie chodzi wydawniczymi drogami. Który robi wszystko sam. Bo musi. Rynek księgarsko-wydawniczo-dystrybucyjny jest tak oderwany od rzeczywistości, że zwyczajnie nie ma innego wyjścia. Napisanie dobrej książki daje tyle samo szans na wydanie co napisanie przeciętnej.

A zaczęło się wszystko od Empiku - oto okazało się, że Empik przynosi straty.

Mnie to nie dziwi. Gdyby jego szefowie więcej czytali tego, co warto czytać, a nie dziadostwa w ładnych okładkach, którym obładowali półki w swoich sklepach, to by wiedzieli, że na dłuższą metę procentuje uczciwość, rzetelność, prawdomówność, stałość, dbałość o klientów, szacunek do współpracowników i podobne duperele. Wiecie, takie stare, zmurszałe zasady, które wyczytać można było u Andersena i Braci Grimm, a których za cholerę nie idzie znaleźć na YouTube i na Szybkim Kursie Marketingu finansowanym przez Unię Europejską.

Empik traktował przez lata klientów jak szczury, pracowników jak robaki, pisarzy jak tasiemce a wydawców jak owsiki, koncentrując się wyłącznie na szybkich zyskach. Już, zaraz, tu i teraz. Walczymy o każdą złotówkę.

Ile czasu trzeba, żeby polscy przedsiębiorcy się nauczyli, że strategia wyszarpywania działa na krótko? Nie ma takiego wszechpotężnego monopolisty, który by nie upadł jak tylko przesadzi z arogancją i przestanie dbać o klientów.

Do widzenia, Empiku. Było się szybciej uczyć. Znikaj i nie wracaj.

Większość ludzi pisze więc teraz, że kiedy Empik zbankrutuje to nie zapłaczą, a wręcz się urżną na zbiorowej popijawie. Trudno im się dziwić, kiedy się zna warunki jakie Empik proponuje wydawcom.

Działa to tak: Empik zamawia u wydawcy stos książek. Koszt druku ponosi wydawca. Przy okazji zamówienia Empik księguje sobie to wszystko jako koszty i odracza sobie w ten sposób podatek. Im więcej zamówi tym lepiej dla niego, bo za wszystko i tak płaci wydawca (opisał to dokładniej Tomasz Węcki).

Większości z otrzymanych książek Empik nawet nie odpakowuje, bo po paru miesiącach i tak je zwróci. Takie są warunki umowy: to, co się nie sprzeda, wydawca zabiera z powrotem. W takim stanie, w jakim są. Na własny koszt. Jak się dowiedziałem niedawno, czasem te zwroty mogą wynieść i 90%.

Empik nie ponosi przy tym wszystkim najmniejszego ryzyka. Zarabia nawet jak sprzeda 1 egzemplarz. Stracić nie może w ogóle. Wydawca przeciwnie: ponosi całe ryzyko. Musi wydrukować parę tysięcy książek, promować te książki, reklamować i zachwalać, płacąc za to wszystko zanim zobaczy jakikolwiek zysk.

Na koniec tych fantastycznych warunków Empik radośnie pluje wszystkim w twarz zaznaczając w umowie, że na zapłacenie za to, co sprzedał, ma pięć miesięcy czasu.

Gdyby analogiczne warunki zastosować do nas, czytelników, to każdy z nas mógłby zabrać z półek Empiku do domu sto książek, z tego zostawić sobie dwie, zapłacić za nie pół roku później i kazać Empikowi zabrać resztę w takim stanie, w jakim akurat są.

Czy trzeba wielkiej wyobraźni, żeby sobie wyobrazić jakie będą na dłuższą metę konsekwencje takiego stanu rzeczy?

Trudno się dziwić, że przy tak niewiarygodnej pazerności i krótkowzroczności dyktatora na księgarskim rynku tylko 41% Polaków cokolwiek czyta. A co ma czytać, skoro wszyscy piszą, publikują i wydają z nożem na gardle? Pisanie to nie zbieranie marchewek.

Szczerze mówiąc jeżeli wydawcy ponoszą 100% rynkowego ryzyka inwestując w tak niepewny towar, to ja się dziwię, że w ogóle cokolwiek się wydaje a pisarzom cokolwiek się płaci. Jeżeli więc szukasz wydawcy swojej książki, a nie masz znanego nazwiska gwarantującego pewny zysk, to w praktyce szukasz sponsora. Tudzież frajera. Nie dziw się, jeżeli nikogo nie znajdziesz.

Taka jest sytuacja. Dlatego też żadna z czterech książek, które napisałem, nie trafiła nigdy na normalną drogę wydawniczą. Po pierwszej próbie dałem sobie spokój - wydawca tak się bał cokolwiek nowego wydać, że nawet nie przeczytał. Odpowiedź dostałem w pół godziny po tym jak otworzył maila. Myślicie, że ile stron z dwustu przeczytał? Ja myślę, że zero, bo odpowiedź w ogóle nie odnosiła się do zawartości książki. To była akurat "Fabryka Słów".

Właściwie wszyscy pisarze w Polsce są w tej samej sytuacji. Oprócz tych, którzy się załapali i zaczepili w lepszych czasach i teraz wydają już z rozpędu. Co się nieuchronnie odbija na jakości ich pisania.

I tak, jedni są w sytuacji "co napiszą i tak się sprzeda", a drudzy "co napiszą i tak się nie sprzeda". Pośrodku nie ma nic, a przeskoczyć z jednej grupy do drugiej wymaga wygrania ogólnopolskiego konkursu literackiego będąc dzieckiem / klonem / pedałem / niepełnosprawnym / czymkolwiek ciekawym medialnie. Ewentualnie uratowania tonącego prezydenta przed kamerami. Lub zostania prezydentem. Lub zdobycia 15 milionów odsłon na YouTube.

Najgorsze jest to, że i jedna i druga grupa pisarzy nie ma żadnej motywacji, żeby się starać. Jedyną motywacją jest własna pasja pisania, którą praktycznie wszystko dookoła pragnie zagłuszyć.

Skutek jest taki, że większość z tego, co się w Polsce pisze, jest mniej lub bardziej słabe, w najlepszym przypadku średnie. Ma świetną okładkę, ale jest nijakie. Poprawne, przewidywalne i monotonne. A jakie ma być, skoro książki wydaje się w strachu, który krzyczy do ucha wydawcy, a wydawca pisarzowi: "byle nie stracić!"

Żadnych rewolucji, żadnych objawień, żadnych Stephenów Kingów jak grom z jasnego nieba, w Polsce nie będzie.

A źródłem całego zła jest pazerność, brak odwagi i oderwanie od rzeczywistości tych, którzy dominują na rynku. Co, że tylko 40% Polaków czyta? No to co? Przecież to grubo ponad 10 milionów ludzi! Mało?

Dlatego ja, jako pisarz z wyobraźnią, z utęsknieniem czekam aż się to wszystko rypnie. Niech zbankrutuje Empik i połowa księgarni w Polsce! Niech 3/4 tchórzliwych, asekuracyjnych wydawców wyleci z rynku na pysk! A pozostali niech są zmuszeni wizją głodu szukać innych, lepszych, tańszych rozwiązań. Bo są takie. Wiem, bo sam z nich korzystam.

Niechże się ten rynek wreszcie oczyści. Dajcie mu upaść! To nic strasznego. Na jego miejsce powstanie nowy.

Bo to, co mamy teraz, jest fatalne z punktu widzenia i czytelnika, i pisarza i wydawcy. Tylko jeden Empik jest zadowolony. A przynajmniej był, póki się nie okazało, że przynosi straty i stoi na krawędzi bankructwa. Mimo tego, że ma 10 milionów potencjalnych klientów i 20% udziałów w rynku.

Może po tym Wielkim Upadku Książki tylko 20% Polaków będzie czytać. Niech będzie i 10, ale przynajmniej będą mieć co czytać! Odkryją, że istnieją pisarze tacy jak ja - i lepsi! - dla których rynek jest teraz zamknięty.

Bo jedynym ich kapitałem jest to, że umieją pisać fajne książki i nic więcej.

A to na polskim rynku jest akurat najmniej ważne.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Wyzwanie

Wyzwania. Zaskakujące. Codziennie i za darmo.

Sprawdź czy dasz radę!

Koniec rządów papieru 28

Nie czytam papierowych książek. Nie ma to sensu. Bo mam Kindle.

Kindle to popularny czytnik książek elektronicznych. Każdy kto próbował czytać książkę na komputerze, wie, że to nie najlepszy pomysł. Ekran jest duży, czyta się niewygodnie, ekran świeci po oczach i nie można go schować do plecaka i iść czytać do kawiarni. Laptop jest ciut lepszy...

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.