Martin Lechowicz

Napój Anonków

Jacek Kaczmarski napisał książkę "Napój Ananków".

Ja piszę wpis blogowy pod tytułem "Napój Anonków".

Co zrobić - jakie czasy, tacy bardowie. I takie teksty.

Od paru tygodni przeżywam nowe, ciekawe doświadczenia związane ze społecznością... eee... to nie jest dobre słowo. Prędzej: z bandą. Ale nawet banda ma jakiś porządek.

Nazwijmy to umownie: tłumem.

Odkrywam więc świat anonków z karaczana et hoc genus omne. Na stronie www.karachan.org znajduje się forum, na forum znajduje się deska "b", a na desce "b" siedzą Anonki.

Anonek to nie człowiek. Anonek to produkt - to słowo naprawdę najlepiej pasuje.

To produkt współczesnej cywilizacji, która straciła jakiekolwiek poczucie kierunku i celu. Kiedy ludzie bombardowani sprzecznymi informacjami, nie mający w niczym oparcia i nie zmuszani okolicznościami do rozwiązywania prawdziwych, ludzkich problemów, wpadają w stan kompletnego nihilizmu, mogą stać się Anonkami.

Jeżeli trafią akurat na internet i zbiorą się w tłum.

Samotny Anonek miałby jednak zbyt dużo godności i człowieczeństwa, żeby w ogóle być Anonkiem.

To są odpadki cywilizacji, produkty uboczne, ludzie, na których nikomu nigdy nie zależało, którym nikt nie pokazał żadnej drogi, bez wzorów, bez zasad, bez empatii, bez ludzkich odruchów.

Jeżeli to brzmi dla kogoś tak, jakby Anonki były złe, to nic bardziej błędnego. Samo pojęcie zła jest śmieszne dla Anonków. Nie, oni nie są źli, a przynajmniej nie ze świadomego wyboru: oni po prostu dali się ukształtować siłom bezwładności tego świata.

Są produktem. Mówiłem.

Ich jedyną winą jest to, że nigdy nie postarali się świadomie zostać ludźmi. Wbrew siłom bezwładności tego świata.

Najbardziej żałosne w nich jest chyba to, że dla nich bycie wiecznym anonimem - czyli wieczne chowanie się i uciekanie - jest naprawdę powodem do dumy.

Z drugiej strony z czego innego mogą być dumni? Nie mają nic innego, co może definiować ich życie.

Dla Anonków wszystko jest śmieszne, wszystko można zniszczyć, każdego można sprofanować, obrzygać, bez żadnych granic. Każdy właściwie jest chujem. Dlaczego? Bo tak! Bo można. A im bardziej ktoś na obrzyganie reaguje, tym jest śmieszniej.

Bo dla Anonka wszystko jest tym bardziej śmieszne, im bardziej dla kogoś innego jest poważne.

Nie ma nic świętego, nie ma nic ważnego, nic nie zasługuje na szacunek, empatię, zrozumienie i współczucie. Nawet nie chodzi o to, że zasługuje - po prostu nie wierzą w takie bzdury.

Żeby nie było: to nie jest jakieś najeżdżanie na Anonków. Ja ich wcale nie demonizuję. Ja twierdzę, że oni w ogóle nie są ludźmi. I dlatego nie podpadają pod oceny moralne.

Ale jest w tej całej perwersji coś fascynującego. Bo wylazło to w momencie, kiedy pojawił się internet i zniósł przymus odpowiedzialności za własne czyny. I okazało się, że bez odpowiedzialności narzuconej z góry, odpowiedzialność wewnętrzna nie istnieje. Przynajmniej u niektórych.

Więc co pozostaje komuś, kto nie ma żadnej odpowiedzialności, żadnych zasad i żadnych własnych celów?

Robić sobie jaja! Ze wszystkiego! Ze wszystkich! Bez ograniczeń!

Anonki mają swój własny język, dzięki któremu czują się czymś w rodzaju grupy.

Jeżeli Anonek widzi kogoś, kto ma wartości, zasady, normy zachowań albo na czymś mu zależy, to ten ktoś jest ciotą. Mówią, że go swędzi dupa, jeżeli reaguje emocjonalnie. A nazywają gościa moralciotą jak się odwołuje do ludzkiej moralności.

Bo, jak mówiłem, Anonki nie są ludźmi.

Idealną postawą dla Anonka jest człowiek wypluty z uczuć, który dystansuje się do wszystkiego i o nic go nie swędzi dupa. Ktoś cię opluł? Luz. Ktoś nasrał na twoje świętości? Jakie świętości? Przyjaciel umiera na raka? I chuj.

Taka przynajmniej jest teoria.

Od paru tygodni Anonki odwiedzają mój serwis: www.odwyk.tv. Gadam tam z ludźmi na tematy Boga, Biblii, życia, kościołów, celu w życiu, samobójstw, uzdrowień, wątpliwości i tak dalej. Na żywo. Z każdym. O wszystkim.

Dlaczego akurat przyszli tam?

Nie wiem. Może dlatego, że im większy kaliber problemów, tym więcej można je obsrać?

Przychodzili więc i robili jedyne co potrafią: srali.

Oni to nazywają "rajd" - takie określenie, jakby to wymagało nie wiem jakiej odwagi, wysiłku i pracy. Dobrze, że nie "operacja" albo "kampania". A prawda jest taka, że to akcja tak samo wymagająca co nasrać i uciec.

Jakiekolwiek próby zadawania pytania "dlaczego" albo "po co to robią" są absurdalne. Tu nie ma "dlaczego". Tu nie ma "po co". Jeżeli już jest powód, to tylko taki, żeby dostać orgazmu psychicznego jakiego doznaje kompletne zero, które już wie, że niczym więcej nie będzie, kiedy zostanie nagle zauważone przez kogoś wielkiego. "Wow, ktoś Wielki mnie - kompletne zero - zauważył! Nie zignorował! Sukces! Powiedziałem: dupa! Mamo, patrz, jestem w telewizji!"

Nie, żebym się uważał za kogoś wielkiego. Ale przy nich - muszę być chyba gigantem.

To jest ten sam powód, dla którego barbarzyńca pali biblioteki pełne zgromadzonej mądrości pokoleń. Jak śpiewał Jacek Kaczmarski: są ludy co dojrzały do śmierci z rąk ludów niedojrzałych do życia. To to samo zjawisko. Tylko w bardziej żałosnej skali - takie nędzne mamy czasy.

A najważniejszą charakterystyką Anonka jest to, że musi czymś stale zasypawać wielką, czarną dziurę, którą ma w środku.

Musi coraz głośniej rzygać, pluć, wyć, charczeć, kopulować, musi coraz częściej mówić "kurwa", coraz bardziej pogardliwe pisać o coraz większych rzeczach, pisać CORAZ WIĘKSZYMI LITERAMI, z coraz większą liczbą wykrzykników na końcu!!!!!!!!!!!!

Dlatego, że jest kompletnie pusty w środku. I szumi mu to w uszach. Jak muszla. Nie da się znieść tej ziejącej pustki.

I mimo, że niszczą moją pracę - przynajmniej próbują, że psują coś, co wielu innym ludziom bardzo pomogło, to bardziej boję się o Anonków niż się nimi brzydzę. Szkoda mi tego wszystkiego, bo oni jeszcze nie wiedzą, ale ja wiem, co jest na końcu tej drogi. Kiedy skończy się maksymalna możliwa ilość "kurw" w zdaniu, kiedy nie będzie już większych liter, kiedy wszystko już będzie wyśmiane i żadna świętość nie zostanie do sprofanowania. Kiedy wszystko już będzie nudne i nie będzie już czym zagłuszyć wycia pustki.

Co wtedy?

Dlatego próbuję ciągle złapać z nimi jakiś ludzki kontakt - po to, żeby może dali se spokój i chociaż w tym jednym przypadku pozwolili dojść do głosu człowiekowi, którego mają w środku. Bo mają.

Nie chcę siły, wojen i głupkowatych wojen o nic. Na cholerę mi to? Mam większe rzeczy w życiu niż takie duperele.

Wiem, że czytają to, co tu piszę - pewnie, że czytają. Możecie sobie przeczytać, co piszą, jak to kogoś niezdrowo interesuje.

Większość z nich nie tylko, że nie ma żadnej wiedzy, tylko strzępy plotek z internetu powtarzanych jeden drugiemu, to nawet tyle wyobraźni, żeby wiedzieć, że skoro oni mogą znaleźć mnie w sieci, to i ja mogę znaleźć ich.

Dla wielu ludzi kwestie Biblii i Boga to nie jest tylko zabawa, i te rozmowy dużo dają. I teraz nie wiem co zrobić. Ja wiem, że niektórzy myślą, że słowo powiedziane w internecie nie liczy się tak, jak np. napisane i wysłane - ale tak nie jest. Oprócz masy innych rzeczy to jest przede wszystkim stalking, o którym mówi Art. 190a KK. Bez żadnych wątpliwości to co robią to jest stalking, nie ma w tym kraju sędziego, który by tu miał wątpliwości (link wyżej). Nie tylko mogę to zgłosić, ale nawet powinienem. Ktoś inny przez tych baranów może nie wytrzymać psychicznie i żart się zrobi nieśmieszny do reszty.

Mam szczegółowe namiary z dokładnymi godzinami tych, którzy w ostatni wtorek przybyli na czata. Nie wszyscy, ale duża grupka jest do łatwego ustalenia. I co mam teraz zrobić?

Serwis www.odwyk.tv stworzyłem po to, żeby uczyć - ale nie tego, że za groźby karalne w internecie i stalking idzie się siedzieć na 2 lata! No, ewentualnie mogę się zabić - wtedy będzie do 10 lat...

Nie wiem co zrobić. Nie chcę takich wyborów, ale bronię tutaj czegoś, co jest ważne.

Usiłuję sobie wyobrazić jak wieczorem puka ktoś do domu, ojciec otwiera i dwóch policjantów i informatyk policyjny mówią "dzień dobry". "O co chodzi? Panowie do mnie?" i odpowiedź: "Raczej do syna. Jest oskarżony o naruszenie art. 190a Kodeksu Karnego". Potem zabierają komputery, i idą. Syn wchodzi na forum i klnie ile może i grozi i pisze co się da - co zresztą też będzie użyte przeciwko niemu później. Po jakimś czasie policjanci się zgłaszają. Zapraszają syna na komisariat. I tam już nie ma kolegów z Karachana. Tam jest już sam. Sam z własną paniką. Nikt go nie rozśmieszy. Nikt mu nie podpowie. I zadają dużo pytań. A on teraz odkrywa, że tak naprawdę nic nie wie o świecie, nie zna prawa, nie wie jakie są procedury. I że zostawił po sobie dużo więcej śladów w internecie niż myślał. A oni już trochę wiedzą. I chcą wiedzieć więcej. Narażać się na więzienie, żeby chronić anonimowych kolegów z głupiej strony? Więc mówi wszystko. I współpracuje.

No ale przecież to są głupie Anonki, a nie zorganizowana przestępczość! Nie za mocna ta lekcja życia dla nich? I nie wiem co zrobić. Wcale mi się to nie podoba.

Wiadomo, że każdy się lubi poczuć ważny, lubi czuć, że ma wpływ na coś, że coś od niego zależy. Nawet jeżeli całym jego wpływem jest zniszczenie czegoś wielkiego, i nawet jeżeli trzeba się umówić w czterdzieści osób na jedną osobę, przyjść w ciemności i założyć maski - noż istne, kurwa, bohaterstwo.

Jak w tym kawale, co to ucieka stu białych przed Murzynem. W końcu jeden pyta:
- A dlaczego właściwie uciekamy? On jest jeden, a nas stu!
- A bo to wiadomo komu da w mordę?

Ale nawet Anonki muszą w końcu zauważyć jakiego ze mnie robią teraz super-bohatera.

Bo przecież:

  • Ja jestem sam, ich są dziesiątki - więc kto tu jest odważny, a kto tchórzem?
  • Ja się podpisuję, pokazuję twarz i patrzę każdemu w oczy. Oni się ukrywają, uciekają i nie pokazują twarzy. Kto tu jest odważny, a kto tchórzem?
  • Ja im nic nie zrobiłem, nawet nie wiedziałem wcześniej, że istnieją. A oni mnie napadli bez powodu. Komu będą wszyscy kibicować?
  • Bronię nie siebie,  bronię innych. To innym przeszkadzają rozmawiać i słuchać. A inni chcą porozmawiać i posłuchać.
  • Atakując serwis gdzie mówię o Biblii i Bogu, robią ze mnie nie tylko bohatera, ale do tego jeszcze męczennika.

Już się chyba bardziej klasycznie nie da: oto święty bohater, samotny na wzgórzu, poświęcający czas, żeby uczyć ludzi, staje w obronie słabszych. A wokół niego dziesiątki szatańskich zamaskowanych hord, które przychodzą wszystko zniszczyć i opluć.

I on nawet jak przegra, to go zapamiętają jako bohatera. A o nich nikt nie będzie pamiętać. Przecież nawet nie mają imion.

No już większej przysługi mi nie mogliście zrobić. Chyba, że celowo chcieliście mój serwis zareklamować, a ze mnie zrobić pomnik.

A tak w ogóle to ja nie chcę w to grać. Lubię różne akcje, lubię sobie robić jaja, lubię Counter-Strike'a, ale nie lubię kiedy bomby szkodą prawdziwym ludziom i nie lubię, kiedy w jednej drużynie jest jeden, a w drugiej trzydziestu. I nie lubię, kiedy tych trzydziestu nie daje grać dwustu innym, którzy nic im nie zrobili, a jedyną obroną w tym jest ten jeden.

No fajnie być tym jednym, ale jak mówię: wolę święty spokój, bo to jest program dla innych, a nie po to, żebym ja się promował.

A poza tym to jest naprawdę fajny i naprawdę ważny serwis, ten www.odwyk.tv. A ja nie jestem ani nadętym filozofem, który nudzi na śmierć, ani spasionym księdzem z Toyotą, ani debilem co się chce promować, a nie umie zdania złożyć. Więc naprawdę nie rozumiem coście się tak na mnie uwzięli.

Jeszcze chwilę i sam uwierzę, że to naprawdę podnerwiłem jakiegoś diabła...

Naprawdę znam lepsze miejsca, gdzie można przychodzić i robić rozpierduchę i ludzi, co sobie dużo bardziej zasłużyli, żeby z nich jaja porobić - tak, żeby był jeszcze z tego pożytek przy okazji.

Ale teraz to już na pewno za dużo wymagam.

Ja po prostu lubię gadać. Lubię ludzi. Anonków też.

Tylko niech zdejmą maskę i pokażą twarz.

Twarze są naprawdę fajniejsze od masek.

 

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Sztuka epistolografii 16

Mam wielką nadzieję, że ktoś kiedyś zbierze moje listy i wyda je drukiem.

Jak znam życie, będzie to zapewne jakiś prokurator, który po skonfiskowaniu mojego komputera za sprawą jakiego ACTA bądź innego legislacyjnego śmiecia, stanie przed obowiązkiem przeczytania całej mojej korespondencji.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.