Martin Lechowicz

No to se pojechałem

Postanowiłem wczoraj przetestować zdolności jazdy motorowerem w warunkach cofającej się anemii.

Kierowałem się takim oto rozumowaniem: co prawda słaby jestem i głowa jakaś taka rozchwierutana, ale przecież w Counter-Strike'a gram. I to nawet całkiem nieźle. Lepiej niż większość ludzi bez anemii. A czyż gra, gdzie się gania z 9 innymi osobami strzelając do siebie, dźgając nożami i podkładając bomby różni się aż tak bardzo od jazdy motorowerem po polskich drogach?

Otóż nie. Bo przecież na drodze:

  • można zginąć przez chwilę nieuwagi
  • ludzie jeżdżą jakby byli na wojnie
  • raszują dużo częściej niż powinni
  • większość to myśli, że są pro, a tak naprawdę to nooby
  • nie ma flaszy, ale jak ci mucha wpadnie do oka to efekt jest ten sam
  • nie ma snajperów, ale są tacy co cię wyprzedzają w odległości 20cm od lewego lusterka (przypomnę, według przepisów minimalna odległość to 1 metr)
  • nie ma granatów, ale dziś mi przykładowo ktoś petardę z samochodu rzucił (i nie pierwszy raz)

Z drugiej strony w grze nie ma dziur na drogach, pijaczków na wiejskiej drodze bez pobocza ani ludzi co wjeżdżają z podporządkowanej, nagle orientują się, że nie zdążą, po czym hamują gwałtownie zajmując przodem samochodu połowę pasa.

Dlatego uważam, że częścią egzaminu praktycznego powinna być oceniana przez fachowca gra w Counter-Strike'a.

Wczorajsza jazda skończyła się wnioskiem takim, że anemia to jest akurat najmniejszy problem. Jakby ktoś chciał wiedzieć jak się czuje to niech pojeździ przez godzinę na motorze w otwartym kasku, a potem zejdzie. Spostrzeże, że po tej godzinie głowa jest nieźle przewietrzona. No, i ja się tak właśnie czułem przez cały lipiec, tyle że 24 godziny na dobę.

Sobotnie testy zakończyły się zaproszeniem grupki zmotoryzowanych policjantów na pobocze. Super - myślę - już sobie nie mogli lepszego dnia wybrać.

Jeden policjant był wesoły. Nie widziałem nigdy tak wesołego policjanta. Miło było dla odmiany spotkać kogoś, kogo autentycznie cieszy praca, a do tego - było widać - lubi ludzi. Niezwykłe u policjanta.

Pewnie to wpływ motocykla.

Policjant zaczął robić wesołe aluzje co do rozwiercania silnika i innych doładowań motorowera, który - przypomnę - według prawa ma wyciągać 45 km/h. Prawo prawem, a rzeczywistość jest taka, że nie ma takich motorowerów. Chłop oczywiście o tym wiedział.

Widzę, że gość realista, a nie udupiacz - rzadkość jednak w naszych realiach. Stwierdziwszy ten fakt oraz to, że wisi mi już to wszystko, zignorowałem złamanie przez nich przepisów (nie przedstawili się, nie pokazali legitymacji, nie podali powodu zatrzymania) i dałem motorek do testów organoleptycznych. Bez szczególnej nadziei, że go dostanę z powrotem.

Gość odjechał. Dziwnie szybko. Nie wiedziałem, że ten motor tak szybko jeździ. Chyba coś za szybko.

Wrócił za parę minut. Zadowolony jak Zagłoba po dwóch flaszkach miodu, i oświadcza, że chyba sobie taki kupi. 70 jechał, mówi. Akurat! To chyba jakby zjeżdżał razem z teściową na luzie z Giewontu. Po 6 tysiącach kilometrów po całej Polsce ani razu 60 na liczniku nie było.

Tak czy owak technicznie i przepisowo to on mógł to zabrać w cholerę, tym bardziej, że prawa jazdy nie mam. Ale jak mówię, człowiek realista i policjant, a nie milicjant. Różnica? Taka, że policjant dba przede wszystkim o ludzi, a milicjant przede wszystkim o przepisy.

Powiedział, że tragedii nie ma (no i prawdę rzekł, bo faktycznie nic z tym motorem szczególnego nie robiłem).

Wziął dowód osobisty, dowód rejestracyjny i nawet nie okazał zdziwienia, że w jednym adres jest w Krakowie, w drugim w Warszawie, a ja mieszkam w Lublinie. Jak mówię - realista.

- Stan techniczny: dobry - powiedział, i na tym się skończyło.

Gdyby to samo stało się dzisiaj, to by się tak na pewno nie skończyło.

Dziś zrobiłem próbę generalną przed planowaną wyprawą do Suchej Beskidzkiej. Testowałem motor, żołądek i anemię pod kątem wielogodzinnej jazdy. Na trasie Lublin-Kazimierz Dolny są drogi, jakby je wyrzygał ciężko chory na żołądek Człowiek-Asfalt. Dziury rekordzistki, garby jak u dromadera.

Świetne do testów.

Skończyło się testowanie następującym wynikiem:

  • anemia nie robi mi żadnych problemów, o dziwo
  • żołądek nie idealnie, ale w normie
  • motor jeździ pewnie; tyle że:
  • w połowie drogi przestał działać prędkościomierz, zapewne urwała się linka
  • zgubiłem tablicę rejestracyjną

Ten ostatni punkt kładzie niniejszym kres wszystkim wycieczkom, wyprawom i campom. Bez tablic nie wolno jeździć i kropka.

Nie wiem teraz czy żądać odszkodowania od s***synów, którzy są odpowiedzialni za wyboje drogowe czy od s***syna, który zaprojektował ramkę na tablicę rejestracyjną jak ostatni kretyn. Już raz się zresztą urwała ramka i tablica wypadła z brzękiem na ulicę. Wtedy brzęk usłyszałem - teraz nie. Byłem skupiony na tym, żeby płuca mi nie wyskoczyły przez uszy na tych cholernych dziurach.

Jako, że rejestracja jest warszawska a ja jestem w Lublinie, ci z was, którzy liczą na to, że pojawię się na OdwykCampie musieliby znaleźć tablicę rejestracyjną gdzieś na dziurach województwa lubelskiego, między Lublinem a Kazimierzem Dolnym. Albo znaleźć tego, kto ją znalazł i jakimś cudem skojarzyć go ze mną.

Nierealne. Jest to praktycznie cud.

Tablica to: WF 1504

Podaję, bo może ktoś akurat znalazł.

A poza tym już mi to wszystko wisi.

Całe te wakacje zostały najwyraźniej zaplanowane w niebie tak, żebym nigdzie się nie mógł ruszyć. Albo żeby moim odpoczynkiem w tym roku stała się walka z chorobami, urzędami, maszynami i innymi plagami. Lub też po to, żeby mnie szlag wreszcie trafił na wieczne nieudacznictwo, nieporadność i dziadostwo tego kraju (który buduje najdroższy stadion w Europie, ale równych dróg nie potrafi zbudować) i wyjechał w cholerę, raz a porządnie.

Nie wiem.

Wiem tyle, że jak tablicy nie będzie, mnie nie będzie.

No, to żem se pojechał...

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Elektro-sklepik

Wspieraj barda! E-booki i piosenki, każda piosenka za złotówkę. Tanio jak Chinach!

Sztuka epistolografii 16

Mam wielką nadzieję, że ktoś kiedyś zbierze moje listy i wyda je drukiem.

Jak znam życie, będzie to zapewne jakiś prokurator, który po skonfiskowaniu mojego komputera za sprawą jakiego ACTA bądź innego legislacyjnego śmiecia, stanie przed obowiązkiem przeczytania całej mojej korespondencji.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.