Martin Lechowicz

Sherlock Holmes 2 - recenzja

Poszedłem do kina na Sherlocka Holmesa 2.

Tak, to nie pomyłka. Ja wiem, że Sherlocka Holmesa się nie ogląda, tylko czyta. Ale ktoś nakręcił film. I ja poszedłem go zobaczyć. Teraz mi wstyd.

Powody wizyty w kinie były dwa:

  • była akurat promocja biletów
  • ten drugi film był jeszcze gorszy

Nikt z tych, co jeszcze umieją, chcą i mają czas czytać, po obejrzeniu tej wysokobudżetowej produkcji nie ma wątpliwości, że sir Arthur Conan Doyle przewraca się w grobie, widząc co producenci filmowi zrobili z Sherlockiem Holmesem.

Z detektywa o wielkim umyśle i trudnym charakterem, Sherlock Holmes zmienił się w obdarowanego ponadnaturalnymi zdolnościami zwalaniania czasu oraz przewidywania przyszłości przystojnego karatekę z poczuciem humoru na poziomie amerykańskiego sitcomu.

Najbardziej razi chyba to, że filmowy Sherlock Holmes w ogóle nie rozwiązuje zagadek. On włącza swoje super-moce. Nawet wiadomo dokładnie które - dokładnie te same, którymi dysponował bohater filmu "Limitless". Z tą różnicą, że Homes nie brał narkotyków w celu poszerzenia percepcji mózgu. Chociaż kto wie - wszystko działo się na ekranie w takim tempie, że mogłem akurat mrugnąć okiem i nie zauważyć połowy fabuły.

A skoro już o montażu filmu mowa, to zastanawiam się, czy sposób prezentacji obrazu żywcem skopiowany z filmu "Matrix", nie dał przypadkiem efektu komicznego dysonansu. Bo rozumiem zwolnienia, obroty kamer i zatrzymania akcji w dalekiej przyszłości, ale kiedy przedstawia się realia XIX wieku, to robi się... dziwnie. Może to ja nie nadążam za zmianami sztuki filmowej, ale o ile zwolniony lot pocisków wystrzeliwanych ze śmigłowca, które dewastują spektakularnie biurowiec robi na mnie wrażenie i tworzy estetycznie spójność całość z akcją, stylem i fabułą, o tyle nabój wystrzelony z XIX-wiecznego rewolweru, który dewastuje korę brzozy w lasku wygląda jak dla mnie idiotycznie. Ale mogę źle oceniać. Rozumiem, że ten film raczej nie był adresowany do mnie - ja czytam książki.

Otóż właśnie - dla kogo był ten film? Chciałbym móc powiedzieć: dla mało wymagającej publiczności. Ale nie oddawałoby to wiernie prawdy. Film ten jest bowiem dla kompletnych debili, ewentualnie dla ludzi, którzy chcą na dwie godziny zostawić swój mózg przed wejściem do kina i poczuć społeczną wieź z masą ludzką, która tworzy współczesne europejskie społeczeństwo. Z debilami, znaczy.

Bo jakże inaczej można nazwać adresata filmu, którego fabuła z jednej strony opiera się na pojedynku intelektualnym dwóch największych umysłów świata, a z drugiej pojedynek ów sprowadza się do biegania, strzelania, efektownej walki wręcz, wyrzucania się przez okno, licznych eksplozji opatrzonych wymianą prymitywnych, krótkich zdań w sitcom'owym stylu?

Debilizm i tyle. No, chyba, że ironia.

O ilości bzdur, dyrdymałów i błędów historycznych jakie w filmie występują, nie ma więc sensu mówić. W końcu adresat niewymagający. Aczkolwiek chyba nawet debil nie da rady nie uśmiechnąć się półgębkiem, kiedy Sherlock Holmes mówi o czającym się pod sufitem facecie (wykrył go swoim nadprzyrodzonym węchem), że jest to Kozak (wykrył to swoim nadludzkim zmysłem automatycznego wykrywania narodowości), a Kozacy są znani z biegłości w... gimnastyce. No szkoda, że Sienkiewicz tego nie wiedział, bo "Ogniem i mieczem" napisałby zupełnie inaczej. Bohun pracowałby w cyrku. Ale nic straconego - można przecież zawsze zrobić nową ekranizację trylogii, gdzie Wołodyjowski będzie wysokim, przystojnym typem z wiecznym trzydniowym zarostem, zamiast szabli będzie preferował kung-fu, a zamiast nudzić coś o ojczyźnie i wojnach, będzie sypał na prawo i lewo żarcikami podchwyconymi w serialu "Jak poznałem waszą matkę".

Fakt, Sienkiewicz przewróci się w grobie. Ale przynajmniej będzie miał dobre towarzystwo: Conan-Doyle już się przewraca, a J.R.R. Tolkien z C.S. Lewisem wiercą się obok niespokojnie. A jeszcze tylu czeka: Agata Christie, Lew Tołstoj, Franz Kafka, George Orwell...

Słowem: film - szmira nieprawdopodobna, widowisko wizualno-wzrokowe wspaniałe, dialogi żenujące, fabuła żadna, gra aktorska - jaka gra aktorska, walory rozrywkowe odwrotnie proporcjonalne do intelektu widza, więc statystycznie patrząc, bardzo wysokie. Film jak znalazł na wieczór odmóżdżania dla pokolenia analfabetów, którzy zaczynają ziewać, kiedy ktoś mówi zdaniami złożonymi i nic nie wybucha przez pięć minut.

Jest to dzieło, które w przyszłości ukazanej w filmie "Idiocracy" byłby silną konkurencją dla nagrodzonego Oscarem filmu "Ass".

Arthur Conan-Doyle przewraca się w grobie - powtórzę po raz trzeci.

A z drugiej strony może powinno się potraktować ten film jako dzieło niezależne, w oderwaniu od oryginalnych opowiadań o słynnym detektywie? Przy takim założeniu, postać będąca skrzyżowaniem Eddiego z "Limitless" z Johnem Rambo, Indianą Johnesem i Batmanem, w stylizacji Matrixa i montażem tak szybkim, że oko w połowie scen nie nadąża za tym, kto aktualnie kogo tłucze czym i w co (dlaczego - to akurat najmniej ważne), może taka postać ma prawo bytu. Może jest fajna. Może ma prawo do naszego ślinienia się na samą myśl. Może, niezależnie od tego kto się w grobie przewraca i dlaczego, dobrze jest się zrelaksować i dać raz na jakiś czas odmóżdżyć, ciesząc czystą, żywą rozpierduchą na ekranie, która nie tylko nie ma żadnego sensu, ale wręcz każe się temu sensowi pocałować w dupę, przy wtórze głośnego rechotu na sali kinowej, przerywanego od czasu do czasu dźwiękiem rozsypywanego popcornu i stłumionym: "o kurwa".

Może.

Być może też, gdyby zrobić widowiskową ekranizację historii niejakiego Jezusa z Nazaretu, to publiczność byłaby równie zachwycona. W końcu Biblii też nikt prawie nie czytał.

Osobiście cieszę się więc perwersyjnie, że tyle osób jest zachwyconych ekranizacją drugiej części Sherlocka Holmesa. Bo jeżeli faktycznie aż taka ilość ludzi znajduje się na poziomie intelektualnym adekwatnym do filmu, to wiem, że nie muszę się bać o swoją przyszłość. Bo jakąż ja mam konkurencję? No jaką?

Wygląda na to, że sam tylko fakt, że się czyta książki, czyni człowieka bezkonkurencyjnym w stosunku do całego pokolenia ludzi wychowanych na komórkach i reklamach.

Czego nam wszystkim życzę, bo się może to bardzo przydać w czasach zaczynającego się kryzysu.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Film "Drogówka" Smarzowskiego (2013) 12

W 2013 Smarzowski, autor fantastycznego filmu "Wesele", wypuścił w świat film Drogówka. Reakcje były łatwe do przewidzenia: ci, którym się "Wesele" podobało krzyknęli "hurra", ci którym się nie podobało jęknęli "o nie, znowu". Jak to w Polsce: za albo przeciw, tertium non datur.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.