Martin Lechowicz

Spadam!

Jutro odjeżdżam. Do Italii. Na pierwsze normalne wakacje od n lat (gdzie n jest liczbą nieznaną, ale zdecydowanie za dużą).

Normalność w moim przypadku jest jak zwykle mało normalna: podróż w 8 osób samochodem, bez zapewnionych miejsc noclegowych oraz kibelków, z prowizorycznym planem podróży, który i tak nie wyjdzie. Dla mnie to normalne. W odróżnieniu od wycieczek zorganizowanych przez biura podróży, które są dla mnie nienormalne. Są tak hermetyczne, bezpieczne i wyregulowane, że równie dobrze można zostać w domu i oglądać zdjęcia w internecie siedząc w wannie.

Towarzysze podróży mają nastawienie oscylujące nerwowo pomiędzy tęsknotą za nieprzewidywalnymi przygodami a desperacką próbą kontrolowania wszystkiego co się da za pomocą planowania, przygotowań, kolekcjonowania apteczki na każdą ewentualność i tak dalej. Całość może się zrobić nieco niespójna. Ale mi tam wszystko jedno. Ja nawet nie próbuję niczego kontrolować.

Co nie znaczy, że nie zbieram informacji. Nie jadę nigdy do innego kraju, nie nauczywszy się przynajmniej podstaw języka. Nie po to, żeby mieć złudzenie kontroli nad czymkolwiek, tylko po prostu po to, żeby nie zmarnować czasu. Kraj to przede wszystkim ludzie, a jak się nie da porozumieć chociaż trochę z tubylcami, to większa część poznawanego świata zostanie zamknięta dla podróżnika.

Tak naprawdę to nie planuję niczego, nie kontroluję, ani się nie przejmuję, bo postanowiłem mieć wszystko w dupie przez 2 tygodnie i wykazywać się daleko posuniętą niefrasobliwością. Moim najczęstszym gestem będzie wzruszenie ramionami, a największym zmartwieniem to, żeby był kibel i papier toaletowy.

Poza tym podjąłem desperacką decyzję o tym, żeby przełamać swoje idiotyczne fobie i inne takie, i pójść do parku wodnego. Pierwszy raz w życiu. Jako, że pływać nie umiem i na samą myśl o przebywaniu w wodzie pojawia mi się w głowie wizja spadającego na dno Titanica (w wizji to ja jestem tym Titanic'iem), jest to dla rzecz wielka, trudna i godna respektu szanownych czytelników, a kto wie czy nie sponsorów.

Dlatego też kupię sobie nadmuchiwane delfinki, motylki czy tam inne żółwie. Takie na ręce. Udaje mi się z tym całkiem fajnie unosić na wodzie.

Poza tym mam jakieś obrzydzenie do dużej ilości obcych gołych ludzi w jednym miejscu. Fu. Nie wiem, może za dużo książek o Auschwitz albo co.

Mój wewnętrzny Generator Fobii i Obsesji (GFO) waha się obecnie czy ważniejsze jest to, żeby nie być grubym, czy też żeby właśnie być, bo dzięki temu łatwiej się unosić na wodzie.

Jedno jest pewne: GFO jest głupi. A ja razem z nim.

Jadę więc. Andiamo!

Zostawiam wam na pożegnanie nowy podcast z radia Zrzenda oraz nową piosenkę o plaży, którą dzisiaj szybko machnąłem na pożegnanie. Tak mi się wymyśliła. Skonstruowałem ją z pierwszych dźwięków, które mi się wymyśliły po dotknięciu gitary.

Na więcej nie liczcie.

No, ewentualnie może czasem machnę szybki wpis. Ale to wszystko.

W końcu czy nie na tym polegają wakacje, żeby przez parę tygodni mieć wszystko w dupie?

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Elektryczna podróż - wnioski 6

Wczoraj, równo z końcem sierpnia, skończyła się moja wakacyjna podróż.

Po raz pierwszy jeździłem po Polsce rowerem - w dodatku elektrycznym. Po raz pierwszy też wsadzałem rower do pociągów. Tyle mam lat, a dalej robię kupę rzeczy po raz pierwszy.

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.