Martin Lechowicz

Steve Jobs i jego szkoła

Tydzień temu umarł Steve Jobs.

Szkoda.

Niewielu ludzi przyczyniło się do zmiany świata na lepsze, w takim stopniu co on. Steve osobiście odpowiada nie tylko za stworzenie komputerów Apple, iPodów, iPadów i firmy Pixar, ale raczej rozwiązań i sposobów myślenia. On był tym, który nadawał kierunek światu tehcnologii - w szczególności interace'owi użytkownika we wszelkich urządzeniach dzisiaj. Mówiąc w skrócie, to, że dziś tak wygodnie i fajnie obsługuje się nam elektroniczne urządzenia, to głównie zasługa Steve'a Jobsa.

Kto jak kto, ale Steve Jobs nie zmarnował życia.

Oczywiście w Polsce multimiliarder Steve Jobs nie może być wzorem do naśladowania. Dlaczego? Bo olał studia.

W Polsce to nie do pomyślenia. Jak tam w ogóle można, bez studiów? Nie, prawdziwy Polak by tego nie zrobił!

No tak. Bo prawdziwy Polak jest miernotą i lemingiem. Prawdziwy Polak nie założyłby też rok później firmy Apple.

A ja właśnie stawiam tego faceta jako najlepszy wzór do naśladowania wszystkim maturzystom, licealistom i wszystkim innym, przed oczami których roztacza się jedynie słusza wizja "studia albo śmierć".

Powszechnie wiadomo, że Steve Jobs po pół roku studiowania, rzucił to w cholerę, żeby zająć się tym, co go w naprawdę interesowało, ale już mało kto wie, że przez kolejne 18 miesięcy chodził na wybrane przez siebie zajęcia na uniwersytecie Stanford. Między innymi na zajęcia z kaligrafii.

Kilka lat później zaprojektował komputery Apple, które do dziś są najlepszym sprzętem do DTP (twozenie materiałów poligraficznych, składanie gazet, książek, itp). Wiedza o typografii bardzo mu się przydała. Zamienił ją w miliony dolarów, dając ludziom najlepsze narzędzia do zabawy z czcionkami.

Normalny człowiek (w sensie: przeciętny Polak) idzie na studia po to, żeby zdobyć tytuł. Steve Jobs poszedł po to, żeby się nauczyć. I to nie wszystkiego - tylko tego, co go interesowało. Tego, co potrzebował. A dyplom ukończenia studiów interesował go tylko w kontekście tego, jakiej czcionki użyć, żeby najlepiej wyglądał w druku.

I takie właśnie należy mieć podejście do studiów: instrumentalne. Studia to tylko narzędzie - jedno z wielu - które ma ci pomóc w tym, co chcesz robić w życiu.

Tymczasem setki tysięcy ogłupionych młodych Polaków traktują wciąż studia - a wcześniej szkołę - nie jak coś, co się może przydać w życiu, ale tak, jakby to one same były życiem. Nic więc dziwnego, że potem zostają z dyplomem w ręce, główą pełną nieprzydatnych encyklopedycznych informacji i definicji i z pytaniem w głowie "co dalej?". I z przerażeniem odkrywają, że trzymany w ręce papier nie czyni z nich wcale innych ludzi. Nie daje odpowiedzi na żadne pytania. Nie wyznacza celu w życiu. I wciąż nie mając pomysłu co ze sobą zrobić, idą po najmniejszej linii oporu, żeby jakoś przetrwać. Biorą byle jaką pracę w byle jakiej firmie, byle tylko jakoś zarobić.

To ma być życie?

Steve Jobs nie pozwalał czasowi panować nad sobą - to on panował nad swoim czasem.

Kiedy był młody, zrezygnował ze studiów. Ale też został buddystą. Brał LSD. Został ojcem i nie przyznał się do tego. Popełniał błędy, ale każdy kolejny błąd zmieniał go i posuwał naprzód. Bo to były jego błędy i jego życie. A nie błędy zapożyczone od rodziców, nauczycieli, księży, polityków, bankierów, pracodawców i miejsca urodzenia.

Jeden błąd popełniony na własny rachunek jest wart więcej niż pięć lat studiów na rachunek kogoś innego.

Steve Jobs był znany z perfekcjonistycznego, apodyktycznego podejścia do ludzi przy swoich projektach. Nie dziwię się temu ani trochę. Zdziwiłbym się, jakby nie był uparty i nie trzymał się własnej wizji. Bo czy kiedy ktoś wie, że ma rację i wie dobrze czego chce, to czy nie powinien się przy tym upierać?

Mi zarzucają z resztą to samo. I nie wiem czy mam przepraszać za to, że wiem czego chcę czy za to, że mam rację. Jeżeli moje projekty wychodzą, a moje wizje na przyszłość się sprawdzają, to niech mi ktoś powie: dlaczego nie mam być uparty i nie trzymać się tego, co już wiem? Czy widzący ma udawać ślepego tylko dlatego, że ślepi wokół niego oświadczenie "widzę" uznają za przejaw arogancji?

To, czy czyjaś wizja się okaże słuszna czy nie, okaże się, kiedy projekt będzie gotowy. Ale jeżeli sam nie masz wiary we własny projekt, to po co się za niego zabierasz? A jeżeli masz wiarę w niego, to dlaczego nie miałbyś się przy nim upierać? Jeżeli wierzysz, że droga, którą idziesz, jest dobra - to nie daj się nikomu z niej zepchnąć. A jeżeli nie wierzysz, to nie idź nią!

Tak czy inaczej, jestem gorącym zwolennikiem instrumentalnego, pragmatycznego traktowania studiów. Najlepsze, co możesz zrobić, to wyssać ze studiów wszystko, co uznasz za przydatne, i odejść z nich bez dyplomu najszybciej, jak się da. Bo życie ucieka, a ty dalej na studiach!

A jeżeli masz do wyboru: wiedza albo dyplom, bez wahania wybieraj wiedzę. A dyplomu nie bierz, nawet jeśli ci chcą za niego zapłacić. On tylko sprawi, że zaczniesz wierzyć w czyjś papier, zamiast we własne marzenia.

Ja studiowałem pięć lat w trzech różnych miejscach, żadnych studiów nie skończyłem, tytułu magistra nie mam. Chwała Bogu, uratowałem się, mimo, że wtedy nie wiedziałem tego co wiem teraz. Patrząc z perspektywy czasu, zmarnowałem tylko 2-3 lata. Z pozostałych wyssałem to, co mi było potrzebne. Studia w "Profesjonalnej Szkole Biznesu", za które płaciłem, zwróciły mi się po roku. Dzięki wiedzy, którą z nich wyssałem, zarobiłem później jednym tylko przedsięwzięciem więcej, niż zapłaciłem przez rok za studia.

I na tym polega instrumentalne podejście do studiów: bierz co ci potrzebne, odrzuć to co jest stratą czasu. I żyj własnym życiem!

Dzisiaj zamiast tytułu magistra mam tytuł barona, robię w życiu to co lubię, zna mnie sto tysięcy ludzi, zbudowałem od zera przedsięwzięcia, z których jestem dumny i buduję następne. Mogę bez wahania powiedzieć, że zupełnie nieźle wykorzystuję czas jaki mi został do nagrobka. Wiele rzeczy o mnie mogą napisać na tym nagrobku, ale na pewno nie to, że miałem mierne i nudne życie. Ani że byłem przeciętny. Ani, że nikt pożytku ze mnie nie miał.

Życzę ci, żeby to samo mogli powiedzieć o sobie.

Cokolwiek więc robisz, pamiętaj, że to twój kończący się czas. Twój własny. Nie masz nic, poza swoim czasem. Jeżeli oddajesz go na nieprzydatne rzeczy, na robienie czegoś, czego nie chcesz robić, na uczenie się czegoś, co nie umożliwi ci przyszłości robienie tego, co chcesz robić - to nie masz życia. Równie dobrze możesz się powiesić, bo niczego to nie zmieni. Bliscy będą płakać, ale kiedyś będą płakać i tak - bo wszyscy musimy odejść. Po co ci czas, który nie jest twój?

Drugiej próby nie będzie. Raz przeżyte lata nie wrócą. Nie marnuj ich, tak jak Steve Jobs ich nie marnował.

Nie wybieraj najłatwiejszej drogi w życiu. Wybieraj drogę własną.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Wyzwanie

Wyzwania. Zaskakujące. Codziennie i za darmo.

Sprawdź czy dasz radę!

Dlaczego wierzę w Boga 30

Jedno z najpopularniejszych pytań towarzyskich w Polsce brzmi: "na kogo głosujesz".

Innym, równie popularnym zagadnieniem jest "czy Bóg istnieje".

Wiele osób dziwiło się głośno, kiedy odkrywali, że mam taki a nie inny stosunek do Boga, a zdziwienie było tym większe, że ewidentnie mam mózg. I nawet go używam. Jak to więc możliwe, że jako gorący zwolennik mózgu nie jestem ateistą? ...

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.