Martin Lechowicz

Sukces

Mam parcie. Powiem więcej: mam zaparcie. Zaparcie na sukces.

Hugo Kosiński - szef radia KonteStacja - zrobił sobie na urodziny prezent i postanowił być szczery. No, powiedzmy, że w świecie ludzi sukcesu słowo "szczery" należy traktować niedosłownie. Nie wdając się w dyskusje, przyjmijmy, że "szczerość" w świecie mediów to taki bardziej osobisty PR.

Jest mnie dość sporo w tej audycji, bośmy z Hugo przez długie lata tworzyli razem kupę fajnych rzeczy. I bardzo dobrze to szło. Synergia była fantastyczna właśnie dzięki naszym różnicom: ja dbałem o to, żeby dobrze powiedzieć to, co mam do powiedzenia, a on dbał o to, żeby był z tego sukces.

Te same powody, dzięki którym wszystko działało, spowodowały, że wszystko przestało działać. Jak to Hugo malowniczo ujął: on chciał zarabiać, a ja chciałem pierdzieć. Czy jakoś tak. Oczywiście to radiowa przesada, bo ani on nie myślał wyłącznie o zarabianiu ani ja wyłącznie o pierdzeniu. Ale różnica kierunków była ewidentna.

Ale ciągle nie mogłem uchwycić i nazwać na czym polegała ta różnica. Bo przecież ani ja nie mam nic przeciwko zarabianiu ani on przeciwko rozrywce. Więc o co chodzi?

Chodzi, myślę, o ten sam problem, który mam z YouTube. I ten problem nazwę jednym słowem: sukces.

Sukces jako priorytet. Jako motywacja. Jako wyznacznik. Sukces jako bóg.

Zapytajcie człowieka sukcesu co rozumie przez to, że jakaś książka jest dobra. Odpowie: sprzedała się w wielu kopiach. Ja odpowiem: zmieniła moje życie.

A kiedy program na YouTube jest dobry? Wtedy kiedy ma milion widzów - powie taki Hugo. Wtedy, kiedy do niego wracam po latach - powiem ja.

Mierzymy te same rzeczy inną miarą. Bo Hugo jest człowiekiem sukcesu i mierzy przedsięwzięcia sukcesami. Ja nie. Dlatego KonteStacja jest radiem sukcesu. Enklawa nie.

Hugo w audycji powiedział, że "Kontestacji słucha 20 tysięcy ludzi". Czy może 40 tysięcy? Nie pamiętam. Ja nigdy nie mówię ile ludzi słucha Enklawy. Dlaczego? Bo to dla mnie żaden wskaźnik.

Oczywiście okłamuję sam siebie i dobrze o tym wiem. Prawdziwym powodem jest przecież to, że mojego radia słucha mniej ludzi. Czyli: przegrywam.

Ale w czym przegrywam? Jeżeli to jest jakiś wyścig to co jest w nim nagrodą? Musi ona być naprawdę cenna, skoro ludzie zmieniają dla niej całą swoją percepcję świata.

A jednak to prawda, że okłamuję sam siebie. Okłamuję tę część mnie, która żąda sukcesu. Jest takie coś, siedzi tam w środku. Ty też to masz. To Głód, który każe nam wygrywać.

Nie znoszę gnoja.

Ale wiem, że Głód tam jest. I wiem, że nie zniknie. Dlatego go okłamuję.

Głód odbiera mi wolność. Kiedy mnie opanuje, wiem, że nie robię już tego co sam chcę, robię to co muszę, bo mnie do działania zmusza mój Głód. Nie wiem czy da się z nim wygrać, ale tyle wiem na pewno: mogę się sprzeciwiać albo sobie darować. Decyzja należy do mnie. I ja wybrałem, że chcę się sprzeciwiać.

Napisałem dawno temu powieść. Nikt jej na oczy nie widział, bo to było w czasach, kiedy mój Głód był słaby. W czasach, kiedy ludzie jeszcze potrafili pisać do szuflady, zamiast rzucać się od razu do wydawnictwa, w najgorszym wypadku na Facebooka. W tej powieści był bohater, którego nazwałem Haraew - co po hebrajsku znaczy głód (miałem wtedy fazę na hebrajski).

W powieści Głód (nie powiem kim był, bo może to kiedyś jeszcze ktoś przeczyta) był motorem sukcesu, a sukces był motorem zmian. Świat się zmienia pod wpływem parcia na sukces. Ale ja nie uważam, że to są zmiany na lepsze.

Dlatego, że człowiek, który zmienia świat, jednocześnie zmienia siebie. I te zmiany w nim są daleko ważniejsze.

Ludzie zwykle koncentrują się na zmianach świata, a zmiany w sobie traktują jako skutek uboczny. Ja uważam, że zmiana człowieka jest ważniejsza niż zmiana świata.

Sukces to zmiany na zewnątrz. To duża oglądalność. Dobre komentarze. To dużo pieniędzy. Awans w pracy.

A skutki uboczne to ból kręgosłupa od siedzenia przy komputerze i okulary od patrzenia w monitor. To cyniczne podejście do świata i bezustanne zmęczenie. To stan, kiedy coraz więcej trzeba, a coraz mniej się chce. Kiedy ciut rzadziej coś cieszy, i ciut więcej się pije.

Sukcesem jest to, że pracujesz po 12 godzin dziennie i dzieci mają wszystko, co potrzebują. Skutkiem ubocznym, że taty nigdy nie ma w domu.

Ale to zmiany nieuniknione, jeżeli chce się osiągnąć sukces - podpowiada Głód.

Kłamie. Łże jak pies.

I powinniście już o tym wiedzieć. Ale ciągle nie wiecie.

Dlatego ciągle wszyscy pchają się na YouTube z coraz bardziej głupkowatymi programami. Dlatego bestsellerami ciągle są książki o tym jak osiągnąć sukces, a nie baśnie Andersena. Dlatego twórcy w moim radiu przestają nagrywać dobre podcasty. Bo mają 50 słuchaczy a Głód żąda przynajmniej 50 tysięcy.

Nie wiecie o tym, że Głód kłamie?

Ja wiedziałem to już 20 lat temu, kiedy pisałem tą swoją powieść, której nikt nie czytał. Wiedziałem to zanim powstał YouTube i zanim wygenerowałem na nim 14 milionów odsłon. Zanim pokazali moją gębę w telewizji, zanim wygłosiłem orędzie na Kongresie Nowej Prawicy i zanim Wojewódzki puścił moją piosenkę w radiu. Zanim ktoś pierwszy raz pomylił mnie z Jackiem Kaczmarskim.

Same sukcesy.

Karmicie robaki, które macie w duszy. Karmicie, zamiast z nimi walczyć.

Chciałbym przekonać ludzi, że sukces to wcale nie jest zdrowe, naturalne dążenie człowieka. Kto wam takich pierdół naopowiadał? Co jest naturalnego w zapieprzaniu od rana do nocy po to, żeby mieć lepsze statystyki? Jak można być szczęśliwym, jak można odpocząć, kiedy zawsze można mieć więcej, wygrywać więcej, jeść więcej. Nie, nie ma w tym nic naturalnego.

Nie, sukces to nie jest chleb. To jest narkotyk. Działa tak samo, wciąga tak samo i tak samo na końcu niszczy. Wysysa wszystkie zasoby, zmienia człowieka, wyznacza mu cele, wycieńcza go i zostawia po sobie pustkę. Pożera wszystko jak szarańcza.

Człowiek głupieje do tego stopnia, że traci po kolei wszystko co miał w życiu najcenniejszego i uważa, że to dla niego zysk! Nie tak łatwo zauważyć jaką naprawdę twarz ma sukces, bo natura sukcesu jest taka, żeby mówić tylko dobrych stronach. Oczekiwać od ludzi sukcesu, żeby mówili całą prawdę o swoim życiu, to tak jakby oczekiwać od pism dla kobiet, żeby nie używały Photoshopa.

Więc w całej tej mojej pisaninie, gadaninie i śpiewaninie przewija się gdzieś ostrzeżenie: pamiętaj, żeby być człowiekiem! Nie poddawaj się wizjom sukcesu. Żyj prawdziwie i w ogóle żyj. To nie PR, to twoje życie. Sukces zmusi cię do poświęcenia najcenniejszych cząstek siebie, okłamie, że to, co poświęcasz, to nic ważnego. Nie daj mu się, ucz się mówić "nie".

Ale to wszystko brzmi jak gawędziarstwo starego ramola. Kto na to zwróci uwagę w czasach, kiedy słucha się tylko krótkiego, szybkiego, urywanego jazgotu, bo tylko to przyciąga uwagę. Człowiek idzie tam gdzie głośniej i odruchowo daje lajka albo suba.

Człowiek został zmieniony w zestaw odruchów warunkowych i nie słucha już człowieka jak człowieka.

Doszliśmy tym samym do etapu, w którym bycie żywym, świadomym, niepowtarzalnym człowiekiem wydaje się dużo mniej atrakcyjne od osiągnięcia sukcesu. A sukces wymaga rezygnacji z tego, co ja uważam za zbyt cenne, żeby to tracić.

I mimo, że mógłbym właściwie olać ten cały świat kołysany mediami i zająć się sobą, to ciągle jednak próbuję wysyłać do ludzi to dźwięk, to obraz, to tekst. I przemycam tam czasem coś, co uważam, że jest ważne, potrzebne i cenne.

Chciałbym przypomnieć ludziom, że są ludźmi - świadomymi istotami z wolną wolą, a nie psami z odruchem Pawłowa. Owszem, mogą leżeć na falach oceanu i dać się im nieść, ale mogą też wybierać jakiś kierunek i płynąć. Mogą pytać "jak żyć" kogo tylko chcą. Ale mogą też nie pytać i żyć jak chcą.

I tak sobie gadam. I może ty też powinieneś? Nie dla sukcesu, ale dlatego, że to dobre. Że to ważne. Że to coś, z czego można być potem dumnym.

Ktoś zapyta: a dlaczego nie mieć sukcesów przy okazji czegoś pożytecznego? Czy jedno drugiemu przeczy?

Nie przeczy. Ale nie o to chodzi, czy przeczy czy nie przeczy. Chodzi o to, że zmienia.

Sukces, nawet jak pojawi się niechcący i nieoczekiwanie, karmi twój Głód. A potem ten Głód żąda więcej. A tobie się to podoba, bo komu się nie podoba, że jest bogatszy, popularniejszy, bardziej poważany? Więc niech sobie Głód je.

Dokarmianie Głodu jest przecież przy okazji, a twoja misja się nie zmieniła. Robisz to co robisz, bo to było twoje marzenie i teraz je spełniasz. Robisz to co robisz, żeby zmieniać świat. Żeby spełniać potrzeby konsumentów.

Prawda?

Tak, prawda. Tischnerowska prawda.

Ja jestem niedzisiejszy - nie wierzę, że da się służyć dwom panom. Nie wierzę, że film "Adwokat diabła" może się skończyć tak, że wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nie wierzę, kiedy ktoś mi usiłuje dowieść, że nawet Jezus był człowiekiem sukcesu.

Nie wierzę.

Widocznie jestem niewierzący.

comments powered by Disqus

Zobacz też:

Najlepszy e-book w Polsce!

Z czterech książek, które wydałem, ta jest moja ulubiona - Martin Lechowicz.

Kto stworzył Google? 5

Kto stworzył Google?

Dopiero parę dni temu zorientowałem się, że nie mam pojęcia. Steve Jobs, Bill Gates - każdy zna. Zuckerberg - też zna, bo widział film.

Google wymyślili Page i Brin.

Poszukałem jakichś wywiadów z nimi i jestem zaskoczony. Spodziewałem się wizjonerów, a zobaczyłem szkoło. Gościowie są tak niewiarygodnie nijacy, że aż przeźroczyści...

© Martin Lechowicz 2016. Wszystkie prawa i tak dalej.